niedziela, 11 grudnia 2016

Tam, gdzie znika strach ♥

  Znacie opowieści o wróżkach i trollach, chowających się po lasach? Albo historie o wodnych nimfach w strumykach i wodospadach, albo syrenach wędrujących po oceanach? Niemożliwe legendy o pół ludziach, pół potworach żywiących się ludzką krwią tak szybkich i silnych, że musza mieć w sobie coś z demonów? O ludziach potrafiących zmieniać się w ogromne wilki, które jednym machnięciem potężnej łapy mogłyby nawet zabić? Znacie te wszystkie bajki o czarodziejach i czarownicach, o różdżkach i księgach, o magii tak potężnej, że aż niebezpiecznej? Ja znam. Słyszałam o nich wiele razy w dzieciństwie i mając siedem lat może nawet w nie wierzyłam. A potem wiara zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zniknęła, bo wyrosłam z tych bzdur, które kiedyś opowiadali mi rodzice przed snem. Okazała się jednak tak uparta, że w końcu mnie dopadła. Miałam wtedy osiemnaście lat. Byłam zwykłą dziewczyną, która chodziła do liceum, spotykała się z przyjaciółmi i jedyne czym się martwiła to to, czy rodzice wyczują alkohol kiedy wróci do domu. Aż pewnego dnia zgubiłam mój naszyjnik. Głupie? Nawet nie macie pojęcia jak bardzo.
  Nagle byłam w stanie znów zobaczyć te wszystkie dziwne stwory,które kiedyś czaiły się pod moim łóżkiem. Wiara wróciła i sprawiła, że widziałam wampiry, wróżki, elfy, wilkołaki, zombie i demony, które za wszelką cenę pragnęły mojej śmierci. I była impreza. Zwykła przyziemna impreza w jednym z miejskich klubów. Wtedy Victoria zniknęła, a ja byłam w stanie nawet zabić, żeby tylko odzyskać przyjaciółkę. Przystąpiłam do Akademii Magii, szkoły dla czarodziei, która znajdowała się na Felimacie - niewidzialnej na mapie wyspie, na którą można było się dostać tylko za pomocą portali. Uczyłam się o magii, która gdzieś we mnie powodowała, że wcale nie byłam tak zwyczajna jak mi się wydawało. Potrafiłam rzucać Czary o jakich nawet nie śniłam, a potem... okazało się, że nie tylko jestem niezwykła wśród moich londyńskich znajomych. Jestem też nadzwyczajna nawet na Felimacie. 
  Moc Ognistego Smoka to podobno największa i najsilniejsza moc jaka kiedykolwiek istniała. Jakim prawem to właśnie ja ją posiadam? Nie mam zielonego pojęcia. Wiem tylko, że istnieje bardzo wielu takich, którzy zrobią wszystko aby mi ją odebrać. I wiecie co? Zamierzam trochę pokrzyżować im plany. 
  Poznałam wspaniałych ludzi, którzy na zawsze pozostaną w moim sercu. Nigdy o was nie zapomnę, moi kochani. Byliście wspaniałymi wojownikami i jeszcze lepszymi przyjaciółmi. Chciałabym podziękować wam wszystkim i każdemu z osobna. Za wsparcie, za pomoc, za pamięć i miłość jaką mi daliście. Jesteście wyjątkowi i jeśli ludzie nie kłamią mówiąc o Życiu po życiu to przysięgam na Ognistego Smoka, że będę trzymać dla was otwartą Bramę, tam na Górze, choćbym miała czekać na was miliony lat. 
  I dziękuję Wam (teraz mówię do Ciebie xd), że byliście ze mną w tej jakże niesamowitej historii, choć muszę przyznać, że Alicja jakoś słabo ją opowiedziała...Na pewno jesteście ciekawi co działo się potem. Co z Victorią i cała resztą? Jak u Luke'a i Meg? Kim okazali się profesorowie White i Smith? Kim byli William, Max i Ashley? A co z Louisem? 
  To naprawdę, naprawdę długa historia. Tak długa, że mogłaby tworzyć kolejnego bloga... Tylko żartuję, Ala... nie musisz się martwić :)
  Więc w tak bardzo, bardzo, bardzo, bardzo skróconym skrócie, po kolei:
Prawie cała ekipa skończyła Akademię, a teraz podróżują po świecie zabijając demony i zombie, które zatruwają nasz świat. Mówię 'prawie', ponieważ kilka dni przed końcem roku szkolnego dostaliśmy wiadomość o śmierci Anny. Kochany rudzielec uratował dwójkę małych dzieciaków z płonącego domu, podobno podpalonego przez dwa Demony. Wszyscy strasznie za Tobą tęsknimy, skarbie.Byłaś cudowną wojowniczką i przyjaciółką, kochamy cie, maleńka. 
Z tego co wiem Luke i Megan pobrali się kiedy byli w Miami, teraz mają dwójkę dzieci, a Luke kończy niedługo dwadzieścia pięć lat. Tęsknię za nim tak cholernie, że mogłabym wyrwać sobie serce z rozpaczy, ale jednocześnie jestem szczęśliwa, bo on jest szczęśliwy, a ja go naprawdę kocham. Wspaniały człowiek i najlepszy przyjaciel. 
Profesor Fred White opracowuje właśnie nowe serum, które po wstrzyknięciu do krwi Zabójców ma dać im niesamowitą siłę, podobną do wampirzej. Jeśli mam być szczera, to słabo mu idzie. 
Profesor George Smith stworzył nową grupę młodych Zabójców, których szkoli na potężnych wojowników. Wierzę w to, że kiedyś tak jak my będą oczyszczać nasz świat ze zła. 
Ashley White o dziwo zdała na medycynę i teraz pomaga ojcu w jego wynalazkach, ale oprócz tego pracuje w jednym z londyńskich szpitali. Słyszałam, że zakochała się i wyszła za mąż za zwykłego człowieka, ale kto wie czy to prawda. 
Victoria rozstała się z Zaynem, z którym chodziła przez cztery lata. On jest trenerem u Zabójców Smith'a, a ona piękną i seksowną Królową Nocy, podróżuje po świecie i uwodzi naiwnych gostków, pełnych świeżej i zdrowej krwi. Czy to dobrze, czy źle już sami musicie ocenić. Wiem tylko, że kocham ja całym serduchem i zawsze będę, jeśli będzie mnie potrzebowała. 
William White i Max Smith byli najlepszymi Zabójcami jakich widział świat, przynajmniej tak wielu o nich mówi. Nie znałam ich dobrze, ale bolała mnie wieść o ich tragicznej śmierci, kiedy wracali razem z nocnego patrolu na terenie Nowego Jorku. Podobno demonów było ponad pół tysiąca... nie mieli szans. Ashley się załamała i całkowicie zajęła pracą. Nawet mnie jest jej szkoda. 
Leon jest i zawsze będzie najwspanialszym bratem pod słońcem. Muszę Wam opowiedzieć co się nam przytrafiło, bo to dość skomplikowane i naprawdę ciekawe. Otóż okazało się, że Leon wcale nie zginął podczas wypadku samochodowego czternaście lat temu. Chwila, źle to ujęłam - zginął, ale przeżył. Dosłownie. 
Pierścień, który otrzymał po naszym ojcu, rodowita pamiątka rodu Black'ów, w jakieś sposób ochroniła jego dusze przed śmiercią. Jego ciało umarło, ale dusza wciąż żyła, co jest w sumie logiczne i nie takie zadziwiające, gdyby nie fakt, że istniała możliwość wskrzeszenia jego ciała. I tu właśnie zaczyna się cała historia. 
Zaklęcie Wskrzeszenia było tak potężne i niebezpieczne, że nawet Moc Ognistego Smoka nie wystarczyła do jego wykonania. Na pewno pamiętacie Morganę, co nie? Kiedy zginęła tamtego dnia, w Mglistych Górach, Moce Czterech Żywiołów, które ukradła wróciły do ich właścicieli. Musiałam więc odszukać jeszcze czterech potężnych czarodziei i liczyć na to, że pomogą mi w rzuceniu Zaklęcia. 
Udałam się do Smoczych Miast. Nie sama, bo towarzyszył mi nie kto inny jak sam Louis Tomlinson. Ten człowiek zrobił dla mnie więcej niż ktokolwiek inny na świecie. Mógł zginąć kiedy w Aqua, Mieście Wody zostałam porwana przez wodne trytony, złe stworzenia żywiące się siła magiczną czarodziejskich stworzeń. Pomógł mi, uratował mi życie i będę mu wdzięczna do końca moich dni, a może i dłużej. 
Kiedy po dwóch dniach podróży odnaleźliśmy Czarodziejkę Wodnistego Smoka okazała się jeszcze młodą dziewczyną, niespełna piętnastoletnią, ale potrafiła władać swoja magia jak mało kto. Luna zgodziła się nam pomóc, zupełnie tak jakbyśmy byli przyjaciółmi. Podejrzewam, że wiedziała, kto jest sprawcą śmierci Morgany, mimo że nie powiedziała tego głośno. 
Chłopak o Mocy Smoka Natury, którego znaleźliśmy trzy dni później nie był tak skłonny do pomocy, szczególnie z powodu swojej chorej siostry, którą miałby zostawić samą w domu. Thomas nie chciał opuszczać Tierry, Miasta Natury bez niej lub bez opieki dla niej, więc obiecałam mu, że znajdę kogoś kto mógłby się nią zająć. Podczas naszej wspólnej historii nie poznaliście Diany, syreny z Szklistego Oceanu, która pomogła nam wydostać się na powierzchnię Jeziora Bane, kiedy zaatakowały nas trytony. Obiecała pomóc nam w opiece nad Celine. I tak właśnie został nam do znalezienia jeszcze tylko Cedrik, chłopak o Mocy Smoka Powietrza. Szukaliśmy go naprawdę długo, bo aż tydzień odkąd Thomas do nas dołączył. Znaleźliśmy go nie tak jak się tego spodziewaliśmy w Aire, Mieście Powietrza, a w Mieście Dusz, czyli Almie. 
Cedrik miał dwadzieścia trzy lata i był naprawdę nieziemsko przystojnym czarodziejem o ciemnych włosach i pięknych czekoladowych oczach. Gdyby nie to, że był nam naprawdę potrzebny Louis zapewne rozszarpałby go na strzępy samym spojrzeniem. Widziałam jak ciężko mu przychodziło przebywanie w jego towarzystwie, zwłaszcza że wydawał się naprawdę miły. Zaprzeczał temu, ale widziałam jak strasznie jest zazdrosny. Zupełnie niepotrzebnie, bo moje serce było z nim i kochałam go najbardziej jak to było tylko możliwe. 
Któregoś dnia, zanim znaleźliśmy Lunę zatrzymaliśmy na noc na brzegu lasu, gdzie drzewa zasłaniały nas wystarczająco przed niebezpieczeństwem. Oprócz mnie i Louisa byli jeszcze tylko Hades i Aya, którzy dzielnie trwali u naszego boku jak rycerze. Hades bronił mnie z każdym większym podmuchem wiatru, zasłaniał mnie przed deszczem jak tylko mógł i usypiał mnie, grzejąc swoim ciałem. To zdecydowanie najukochańszy i najdzielniejszy wierzchowiec jakiego widział ten świat. 
W każdym razie, tamtej nocy na polanie Louis powiedział mi, że jeśli istniałoby na świecie coś, bez czego nie mógłby żyć, z pewnością byłabym to ja. 
- Ludzie pragną pieniędzy, ale ty jesteś cenniejsza niż największe skarby świata. Szukają miłości, a już ją znalazłem bo dajesz mi miłość, a jakiej inni mogą tylko marzyć. Twój uśmiech rozświetla każdą ciemność, a twoje oczy potrafią odegnać każdy smutek. Dajesz mi szczęście i tylko przy tobie czuję się naprawdę potrzebny, więc jak mógłbym pragnąc czegoś innego? 
W tamtej chwili już wiedziałam, że kocham go tak bardzo, że nie istnieje nic co mogłoby mi go zastąpić. Jest po prostu niepowtarzalny. Właśnie tamtej nocy postanowiłam, że chcę być jego w całości, tak bardzo jak duszą tak i ciałem. Zrobiliśmy to. Na polanie. W nocy. I wiecie co? Było zajebiście. 
Ale wracając do opowieści właściwej. W Mieście Dusz odprawiliśmy Rytuał, podczas którego wszystkie Smoki zebrały się nad nami jak Aniołowie zesłani z Nieba.To było przeżycie, którego z pewnością nie zapomnę do końca mojego życia. Nie wszystko poszło jednak po naszej myśli i Smok Śmierci, Muerte nie chciał oddać nam ciała Leona. 
Muerte postawił nam warunek. Jeśli oddamy mu jedno wspomnienie z osobą, którą kochamy najbardziej na świecie, on odda nam ciało Leona. Po długiej kłótni zgodziliśmy sie na to i tak oto straciłam wspomnienie o Louis'ie, nawet nie wiem które. Cedrik oddał swoje o pięknej dziewczynie, która chyba spała mu na kolanach a on czesał palcami jej włosy. Luna oddała o swoim bracie i właśnie wtedy zrozumiałam, dlaczego tak chętnie zgodziła się mi pomóc. Wspomnienie, które oddała pokazało się na sekundę jak na wielkim ekranie. Dziewczyna rzucała mąką w chłopca, który był do niej tak podobny, że było to niemal oczywiste, że byli bliźniętami. Thomas oddał swoje o Celine, która tańczyła na łące pełnej kwiatów. 


"Zamknij oczy, Gabriello" - usłyszałam w swojej głowie głos tak zimny i twardy, że niemal skuliłam się w sobie. Posłuchałam jednak polecenia Muerte i kiedy zobaczyłam ciemność, nagle przestałam też słyszeć, nie czułam ani zapachu, ani dotyku. Zupełnie tak jakbym unosiła się gdzieś w nicości. Chciałam krzyczeć, ale żaden dźwięk nie wyszedł z mojego gardła. 
- Gabi... - usłyszałam cichy szept. Pomógł mi odnaleźć trochę siły by otworzyć oczy - Gabi...
Pierwsze co zobaczyłam kiedy się ocknęłam to księżyc. Wielki, piękny i jasny, tak cudownie srebrzysty. A potem zobaczyłam jego. 
Stał nade mną, właściwie o krok. Wstałam tak szybko, że zakręciło mi się w głowie i niemal upadłam na twardą ziemię, gdyby nie uścisk dłoni na moich biodrach. To Louis. 
- Spokojnie, skarbie - szepnął mi do ucha, a jego słowa wydawały sie tak słodkie, że niemal się roztopiłam. 
Ale nadal go widziałam. Stał przede mną z zatroskaną mina i czymś co kryło się w jego oczach. Kiedy policzki zaczęły mnie szczypać, dotknęłam ich i zdziwiłam się kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że co mokre. Płakałam, ale były to najsłodsze łzy szczęścia, bo przede mną stał mój brat.
Podeszłam do niego tak ostrożnie jak to było tylko możliwe, z obawy że zaraz zniknie, ulotni się i nigdy nie wróci. 
Wyciągnęłam rękę, która drżała mi niemiłosiernie. Przecinała powoli powietrze,aż w końcu znalazła opór bo właśnie dotykałam Leona. Mojego Leona. 
Wpadłam mu w ramiona i wręcz ryczałam ze szczęścia, kiedy mi powiedział jak bardzo mnie kocha.



Cztery lata później Louis mi się oświadczył. Ślub był skromny i byli na nim wszyscy, którzy dali mi kiedykolwiek choć chwilę szczęścia. Płakałam, bo wiedziałam,że to właśnie moja rodzina. Jedyna i niepowtarzalna. Taka jaką sobie wymarzyłam. 

The End

sobota, 28 maja 2016

Znacie kogoś głupszego i bardziej nienormalnego ode mnie? Bo ja nie -,-

Nie chcę mi się pisać kolejnego długiego posta,w którym będę was przepraszać i wgl... Będę kontynuować drugą księgę opowiadania, i nie usuwam poprzednich rozdziałów. Całe szczęscie, że jeszcze z tym zaczekałam, bo teraz byłby niezły kwas... także skończyliśmy na osiemnastym rozdziale, więc czekajcie na 19 :) 

Do usłyszenia!!

Obserwatorzy